Jak pewnie część z Was wie, od jakiegoś czasu borykam się z przewlekłą chorobą. Łuszczycowe zapalenie stawów. To choroba autoimmunologiczna. Oznacza sporo bólu. Zabiera dużo energii. A oprócz tego ma sporo powiązań ze stresem. Być może jak każda? Jest przewlekła, nawraca, nieraz w nieprzewidywalny sposób. Dlatego wszędzie mnie mniej. Online i w realu. Rzadziej prowadzę warsztaty, mniej się udzielam w grupach, mniej jeżdżę. Ostatnie parę miesięcy było jak bitwa – moje ciało walczyło ze sobą a ja starałam się pozostać w tym spokojna i w dobrym samopoczuciu, co nie zawsze było łatwe.

Ta choroba to ogromna lekcja. I tę lekcję będę Wam pewnie przybliżać kawałek po kawałku, jeśli starczy mi sił, zapewne nieco chaotycznie, co odzwierciedla mój stan na macierzy Thayera i mniejsze zdolności poznawcze z powodu choroby właśnie. Będę też w dużej mierze pokazywać swoją “vulnerability”, na którą nie potrafię znaleźć właściwego słowa, bo to coś więcej  niż wrażliwość, dla mnie to właśnie wszystkie te nasze słabe punkty, o których nie jest nam łatwo mówić czy jest pokazywać, bo… nie do końca wierzymy, że inni nas zrozumieją i nie zranią przez swoją ocenę (polecam wideo z Brene Brown, która pięknie o tym mówi w tej TEDTalk – są polskie napisy). Ale po kolei…Będzie i o macierzy Thayera, narzędziu zaadaptowanym przez Stuarta Shankera na potrzeby Self-Reg, będzie też o mówieniu Nie.

Stawianie granic to duży temat. Pisze się o nim, mówi, zewsząd mówią nam “Dbaj o siebie. Egoizm to nie zbrodnia, ale może być czymś zdrowym”. Ale czy wiemy co to tak naprawdę znaczy – dbać o siebie? Wydawało mi się kiedyś, że dbam o siebie. Ale też dbanie o siebie w pewnym sensie było dla mnie trudne. Jestem pomagaczem. Kimś, kto w automatyczny, łatwy i przyjemny nawet sposób weźmie na siebie kolejną rzecz, bo ktoś prosi i jest w potrzebie. I to dla mnie jest ok, dzięki temu mam mnóstwo empatii – to ten mój dar. Ale – nieumiejętnie używamy – tak jak wszystkie dary ma swoje ciemne strony – tu akurat przekraczanie i naciąganie własnych granic, by pomóc. Co często oznacza wypalenie do cna. Więc szukałam sposobów na to, by ten swój dar oswoić, znaleźć sposób, by nie wypalał mnie aż tak.

A ponieważ jestem pomagaczem (czy Karmicielką według archetypów finansowych), tradycyjne pojęcie dbania o siebie i o swoje granice kojarzyło mi się z walką. Asertywność z byciem niemiłą. Czasem czytam porady w grupach na Facebooku i dużo w tych naszych dbaniach o siebie walki – z innymi przede wszystkim. O swoje granice. O to, by wyjść z domu, by ktoś w domu posprzątał, by inni nie byli dla nas niemili itd, itp. Walki słownej. Walki w postaci postawy: “bronię swoich granic”, a za nim przekonanie, że to inni naruszają te granice, że są “źli”. Walka z perspektywy Self-Reg to też wydatek energetyczny, więc w moim pojęciu tracimy. Często też rozrywamy relację i wcale nie wypoczywamy, bo ten wywalczony odpoczynek kończy się poczuciem winy. Więc od dawna przyglądam się czy i na ile da się chronić swoje granice w łagodny sposób, tak, by nie rozrywać relacji, nie być dla innych niemiłą, nie mówić Nie w atakujący sposób.

Więc dla mnie prawdziwa ścieżka do dbania o siebie jest przez zaprzestanie walki – przede wszystkim ze sobą. I zobaczenie gdzie jestem i gdzie będę, jeśli zdecyduję się powiedzieć Tak. I w którymś momencie znalazłam idealne narzędzie dla siebie, takie które pozwala mi powiedzieć to Nie w zgodzie ze sobą. Macierz Thayera. Pokazuje ona w przejrzysty sposób związek naszego poziomu napięcia i energii (czyli można by powiedzieć siły – zasobów glukozy dostępnych, by poradzić sobie z wyzwaniami, które stawia przed nami stres).

W mojej wersji macierz Thayera wygląda tak:

Została wymyślona przez Roberta Thayera, autora m.in. “Calm Energy” i “The Origin of Everyday Moods”, aby pokazać, jak nasz nastrój zależy od tych właśnie dwóch czynników. W skrócie: w czerwonym kwadrancie (wysoki poziom napięcia, wysoki poziom energii) zazwyczaj czujemy się świetnie, jesteśmy zmotywowani, produktywni, aktywni i potrafimy zrobić naprawdę dużo. Wysokie napięcie i aktywność zużywa duuuużo energii, więc prędzej czy później lądujemy w czarnym (chyba że uda nam się zauważyć wczesne sygnały i powiedzieć sobie i innym Stop i przejść od razu do regeneracji w niebieskim, ale o tym za chwilę). I w czarnym, nazywanym przez uczestników moich kursów Odstresowany Rodzic poetycko czarną d…, a przeze mnie czarną dziurą jest tylko gorzej – kiepski nastrój, irytacja lub przygnębienie, łatwo wchodzimy w reakcję walki, ucieczki lub zamrożenia. To tu najczęściej jesteśmy dla innych nieprzyjemni. Niestety – tu łatwo utkąć, bo wysoki poziom napięcia wcale nie ułatwia wyjścia z tego stanu, czyli dalej się zadaniujemy i odhaczamy zadania bo… wydaje nam się, że jeśli tego nie zrobimy, dopadną nas tygrysy szablozębne. Tu też jest coraz trudniej o samoświadomość, bo następuje zahamowanie aktywności kory nowej. Natomiast po lewej stronie wykresu odpoczywamy. Dobrze jest pobyć w niebieskim kwadrancie (właśnie, jak często ta bywasz jako rodzic?) – Thayer mówi, że to naturalny stan po południu, kiedy już nam się wyczerpują baterie. Stan, który dzięki niskiemu poziomowi napięcia, nasze ciało może się zregenerować. I stan żółty – stan pełnego baku i nadal niskiego napięcia – wstaję rano i chcę mi się żyć, robię wszystko z niewymuszoną łatwością, bo lubię, bez zmartwień, lęków i trosk. Niskie zużycie baterii, nawet jak jestem aktywna. Żyć nie umierać. Niestety łatwo go pomylić z czerwonym – wydaje mi się, że tak było też ze mną – bo w czerwonym też jesteśmy spokojni, bo jeszcze mamy zasoby, ale napięcie zużywa je dość mocno. I tu bardzo ważna UWAGA – Stuart Shanker często mówi, że to ok być w każdym ze stanów. Ważne, żeby nie utknąć. Żeby wiedzieć gdzie jestem, gdzie chcę być i jak tam się dostać.

A co to ma wspólnego z mówieniem “Nie”? Opowiem Wam to na przykładzie. Zdecydowałam się pomimo swojej choroby pojechać na konferencję w Giżycku jako prelegent – nie jest to dla mnie daleko, zawiózł mnie mąż z synkiem. Wiedziałam, że to dość duży wysiłek, ale stwierdziłam, że niewiele ponad godzinna prelekcja i przyjemna podróż nie nadwerężą mnie tak mocno. I tak było. Po prelekcji czułam w ciele dość spore napięcie, mocne bicie serca, ale nie był to stan przytłaczający. Czerwony kwadrant, gdzieś u dołu. Czekając na moich panów, którzy korzystali z dziecięcych atrakcji Giżycka (sala zabaw) siedziałam sobie nad wodą, napawając się słońcem, widokiem łódek, pisząc kawałek bloga w swoim zeszycie. Czekając aż całkiem spadnie napięcie i wróci mi nieco energii na dalszą podróż. Wtedy podeszła do mnie pani z prośbą o udział w ankiecie turystycznej. Kiedyś bez wahania powiedziałabym “Jasne”. A w tamtym momencie pozytywnie zaskoczyłam samą siebie, szybko skanując swoje ciało i mając przed oczami macierz Thayera. Odpowiedź wyszła automatycznie, autentycznie i bez tonu “bronię się”. “Bardzo przepraszam, ale jestem tuż po wystąpieniu na konferencji, które sporo mnie kosztowało i potrzebuję odpocząć”. Pani upewniła się jeszcze (tak, niektórzy potrafią nalegać i tu pewnie znów byłby mój “punkt wrażliwości”) – “A może jednak?” – “Nie, bardzo przepraszam, na pewno nie”. Co zobaczyłam na macierzy Thayera? Mój przyszły stan. To pozornie małe zużycie energii na odpowiedź na “kilka pytań” dla mnie przechyliłoby szalę w stronę czarnego kwadrantu, a miałam przed sobą podróż z bliskimi, którzy też mogą wymagać współregulacji (zwłaszcza synek, dla którego to długa wyprawa). To było nie z przekonaniem. Bez poczucia winy, więc bez napięcia. Z uwzględnieniem tej pani. Miałam też świadomość, że być może dla niej to swego rodzaju stresor (ale, znów, widząc ją przez macierz Thayera – raczej nie aż tak wielki, żeby ją przytłoczył). Poczucie winy być może wywołałoby tyle napięcia, że odpowiedziałabym albo z mniejszym przekonaniem albo z większą agresją (“A to namolna kobieta” – to mogłaby być myśl, która powstałaby w wyniku napięcia, a nie wyniku tego, co robi czy mówi). A to też pewnie też sprawiłoby, że szybciej znajdę się w czarnym kwadrancie.

Czasem śmieję się w duchu, że mam teraz w oczach skaner podobny do tego, jak miał Terminator, tylko zamiast tego tam jest macierz Thayera – widzę tak i siebie, i innych.

Podróż powrotna okazała się całkiem ok. Bez walki, histerii, chociaż było kilka takich zapalnych możliwości. Miałam na nie energię. Czego i Wam życzę.

A więcej o macierzy Thayera i jej związku z błędnym kołem stresu według Stuarta Shankera możecie poczytać tutaj (na razie tylko po angielsku ale są plany tłumaczenia na przyszłość wszystkich jego wpisów).